Po wczorajszym wycieku zdjęć Mini stwierdziło, że nie musi już trzymać w tajemnicy swojego nowego modelu. Pierwotnie auto miało zostać po raz pierwszy zaprezentowane 7-go lutego, stało się jednak inaczej. Już po pierwszy zdjęciach widzieliśmy, że nie ma się czym zachwycać. Nowy samochód to trochę nadmuchane klasyczne Mini z nadmiarem plastiku. Mini dołożyło do tego napęd na 4 koła i nazwała swój nowy samochód crossoverem.
No i w sumie jest to pierwszy w historii firmy samochód z normalnymi 4 drzwiami i w miarę normalnym miejscem dla 4 pasażerów. Dla klientów, którzy z braku wyżej wymienionych cech nie zakupili normalnego Mini, jest to bez wąpienia atut. Auto z całą pewnością jest nie do pomylenia, gdyż zachowało charakterystyczny dla Mini styl. Niestety to co podobało nam się w klasycznym Mini, zupełnie nie sprawdza się w tego typu eksperymencie. Jest to sytuacja podobna jak w przypadku Porsche Cayenne. Auto jest zrobione trochę na siłę, a twórcy liczą, że magia marki zadziała.
Ale może przejdźmy do konkretów. Wielkość bagażnika nie zachwyca i wynosi 350 litrów. Na szczęście po zwinięciu tylnych foteli przestrzeń ta wzrasta do pokaźnych 1170 litrów. Do wyboru będziemy mieli trzy silniki benzynowe i dwa diesle. Najsłabszą jednostką w ofercie będzie 90-konny diesel, a najmocniejszą 1.6-litrowa jednostka benzynowa o mocy 184 koni. Wszystkie wersje będą fabrycznie wyposażone w system odzyskiwania energii podczas hamowania oraz system start&stop. W standardzie auto będzie występowało z 6-stopniową przekładnią manualną, a jako opcja będzie występowała 6-stopniowa przekładnia automatyczna. Oczywiście nie mogło się tu obyć bez napędu na obie osie, który rozkłada przenoszoną na koła moc w zależności od ich przyczepności.
Auto będzie można zobaczyć na żywo po raz pierwszy w marcu w Genewie. Niestety ale wróżymy temu modelowi karierę równie "błyskotliwą" jak modelu Clubman.